Jesteś tutaj: Strona główna » Polska - Zawodnicy » Piloci » Szaykowski "Szaya" Krzysztof

POLSKA

POLSKA

Reklama

Logowanie

Poniżej możesz wyszukać interesujące Cię zdjęcia w galerii i dodać je do koszyka.


Wyszukiwanie rozszerzone





Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy użytkownika?
Nie masz jeszcze konta? Rejestracja

Obszar pobierania

Polecane strony

 

RSMP.pl

 

RajdowyPuchar.pl

 

AutoSport Retro

Szaykowski "Szaya" Krzysztof

14.09.1946r.

Krzysztof „Szaya” Szaykowski

Krzysztof „Szaya” Szaykowski

Krzysztof "Szaya" Szaykowski

 

Sporty motorowe uprawia od roku 1963. Początki jego sportowej kariery związane były z żużlem i motocrossem. W latach 70 zdobywał czołowe lokaty uczestnicząc w rajdach na terenie Polski ( tytuł mistrzowski ) i poza granicami kraju, głownie jako pilot. Startował samochodami: Trabant, Fiat 1300, Renault 5 Alpine, Fiat 126 p oraz Fiat Monte Carlo.
Po zakończeniu kariery został sekretarzem i czynnym działaczem Automobilklubu Rzemieślnik. Od 1993 roku prowadzi Sekcje Młodych, ktora zrzesza młodzież ze wszystkich środowisk; szkół średnich, wyższych, z techników oraz młodych ludzi już pracujących - interesujących się rajdami, rallycrossem; ogólnie motoryzacją. Twórca wyczynowej wersji Szayowozu. Popularny spiker sportów motorowych

Mówi się o nim że:
"jeździł w rajdach jak jeszcze nie było samochodów na świecie"

Mateusz Budzianowski: Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportami motorowymi?
Krzysztof "Szaya" Szaykowski: Zaczęła się bardzo prosto. Urodziłem się, patrzę, chłopak, to już wystarczyło. Potem stwierdzono u mnie zawartość krwi w benzynie. W czasach mojej młodości chyba wszyscy chłopcy interesowali się w jakiś sposób motoryzacją. Pamiętam jak jeździliśmy z fajerką, co jest nieznanym sportem obecnie dla młodzieży. Następnie był motorower "Żak", który był silnie eksploatowany na torze warszawskiej Skry. Pojawił się także motocross na Legii. W końcu pozyskałem Trabanta 600, bo ciężko powiedzieć, że go kupiłem. Otrzymałem go za pióro wieczne i kolejkę PIKO. Trabant lekko był palnięty przez tramwaj. Dziurę w błotniku, spowodowaną uderzeniem, załatałem płótnem malarskim. Na płótnie nie było żadnego obrazu, więc proszę mnie nie podejrzewać o sprofanowanie jakiegoś dzieła malarskiego. Trabant stał się samochodem sportowym. Tym trabantem zacząłem jeździć w Konkursowych Jazdach Samochodem (KJS).

Ile miał Pan wtedy lat?
Prawo jazdy zrobiłem w wieku 16 lat. Kiedy zacząłem startować tym trabantem miałem gdzieś 17-18 lat. W okresie studenckim spotkałem się z Albinem Śliskim, z którym pojechaliśmy pierwszy rajd Mistrzostw Polski. W międzyczasie zrobiłem licencję rajdową na moim trabancie. Z Albinem Śliskim jeździliśmy Fiatem 125, a mój trabant służył jako serwisówka. Następnie był Fiat 1300, Renult 5 Alpine, Fiat Monte Carlo. Jeździłem czynnie 11 lat. Następnie zostałem szkoleniowcem w Automobilklubie Rzemieślnik. Teraz prowadzę sekcję młodych w Automobilklubie Rzemieślinik.

Czy kiedyś łatwiej było startować w motosporcie czy teraz jest to trudniejsze?
Kiedyś było tak, że do tego sportu przychodzili ci, którzy go kochali, mieli jakiś dryg do tego. Obecnie sport motorowy mogą uprawiać ci, którzy chcą go uprawiać i mają na to kasę. Teraz jest często tak, że młody człowiek, który chce być kierowcą rajdowym, idzie do ojca i mówi, że trzeba kupić Subaru albo Mitsubishi i ojciec wykłada 250 tysięcy złotych. Oni uważają się wtedy za zawodników, ale potem leją ich Fiatami Cinquecento, bo nie mają umiejętności jazdy. Za to zawodnicy, którzy jeżdżą Cinquecento, mają ogromne umiejętności, ale nie mogą wyjść z tego Cinquecento, bo ten Fiat składany jest na podwórku i nie ma pieniędzy na starty w dobrych maszynach.

Obecnie prowadzi Pan sekcję młodych w automobilklubie Rzemieślnik w Warszawie. Czy jest duże zainteresowanie młodzieży tymi spotkaniami?
Mnie się przewaliło ponad dwa tysiące dzieciaków. Mówię dzieciaków w pewnym cudzysłowie, bo najstarsi mają już dzieci w wieku 14 lat. Ich dzieci będą startować już niedługo w wyścigach, a oni sami przychodzili, jako dzieci z obrazkami samochodów wklejanymi do zeszytów. Zainteresowanie jest, bo przychodzą tu ludzie, którzy to kochają. Nawet jak jest Wigilia, to wpada się tutaj na chwilę. W każdy poniedziałek odbywają się tutaj spotkania. Kiedy w sali klubu trwał remont, spotykaliśmy się na ulicy. W wakacje w sezonie urlopowym spotykamy się u mnie pod domem. Przychodzi tu różna młodzież. Jest spore środowisko uczniów ze szkoły samochodowej z Hożej. Mieliśmy też jedną dziewczynę, która chciała pokazać swojemu chłopakowi, jak się jeździ. Dziewczyna ta jeździła w tajemnicy, po czym przewiozła swojego chłopaka tak, aż mu włosy na głowie stanęły.

Pana niewątpliwą zasługą jest stworzenie czegoś, co nazywa się od Pana nazwiska Szayowozami. Czy mógłby Pan opowiedzieć o tym projekcie?
Szayowóz powstał w cudownych okolicznościach. Często bywałem na samochodowych targach poznańskich. Na jednych ze stoisk kit carów, czyli samochodów do składania w paczkach zauważyłem pewne ustrojstwo. Nazywało się to Dzik, skonstruował to inżynier Kwiatkowski. Samochody bardzo zbliżone do tego były budowane w Anglii. Ten konkretny kit car był przeznaczony dla myśliwych do jeżdżenia po lesie. Można było wejść na dach, miał pojemnik na karabiny, był wyposażony w pojemnik, gdzie można było włożyć upolowaną dziką świnię.

Pojazd ten był na dużych kołach, więc nie miał tego odjazdu. Następnie przeuroczy, już nie żyjący, przedwojenny inżynier Kwiatkowski dał mi się tym pojazdem przejechać. Ja przerobiłem te duże koła na koła od malucha i okazało się, że był to straszny pocisk. Niestety, pojazd był zbudowany z cienkich rurek, więc nie mógł przejść w żadnych regulaminach rajdowych. Pojechałem wtedy do inżyniera Kwiatkowskiego z regulaminem określającym jak powinna być zbudowana klatka bezpieczeństwa dla sportu motorowego. Inżynier Kwiatkowski przebudował ten samochód według tego regulaminu. Ustaliliśmy z inżynierem, że to, co będzie jeździło wyczynowo po torach, będzie nazywało się Szayowozami, a to, co jeździło po lesie, dalej nazywane było dzikiem. Chciałem, żeby te pojazdy były jak najtańsze. Cała konstrukcja bazuje na podzespołach Fiata 126p. Moja przeróbka pozwala na osiągnięcie 35-37 koni mechanicznych, przy wadze niecałych 400 kg. Pojazd rozpędza się do 145km/h i rozpędza się od 0 do 100 km w ciągu 8-9 sekund. Jak na razie, nie ma tańszego sposobu na uprawianie sportu motorowego.

Jak wyglądają kwestie bezpieczeństwa Szayowozów?
Są pasy bezpieczeństwa, cała klatka bezpieczeństwa, siatki, specjalny fotel itd. Jest także przepis, że zawodnik, wjeżdżając na punkt kontroli technicznej, musi od momentu zatrzymania pojazdu opuścić go w 7 sekund. Zawodnik jest w pełnym rynsztunku, więc musi rozpiąć pasy, wyłączyć silnik, rozpiąć siatki oraz zdemontować rurę, która chroni przed ewentualnym uderzeniem z boku. To wszystko służy bezpieczeństwu.

Kto może jeździć Szayowozami?
Klub posiada 3 Szayowozy. Część ludzi przychodzi i są zdecydowani, że chcą jeździć Szayowozami i je po prostu kupują. Teraz trzech kolegów odeszło do innych wyścigów i te Szayowozy zostały kupione przez innych członków klubu. Najdroższy po mistrzu został kupiony za 5000 zł, najtańszy kosztował 2400 zł. Jeśli ktoś nie wie czy jazda Szayowozami mu się spodoba dostaje Szayowóz na pół roku od klubu. Potem, jeśli osiągają dobre wyniki, to na następny sezon dalej mogą jeździć tym Szayowozem. Inną kwestią jest nauka w szkołach. Ja staram się sterować nauką tych młodych ludzi. Niektórzy rodzice zupełnie nie zwracają uwagi, że ich syn ma same pały w szkole i zupełnie nie chcą o tym ze mną rozmawiać. Ja wtedy nie przyjmuję zgłoszenia do wyścigu takich zawodników, bo w regulaminie jest podane, że organizator może nie przyjąć zgłoszenia bez podania przyczyny. Wtedy chłopaki się trochę podciągają w nauce. Uważam, że wychowanie młodzieży bez nauki jest po prostu słabe.

Już w sobotę 3 grudnia po raz 49. w Warszawie startuje Rajd Barbórka. Jest to dla Pana ważne wydarzenie sportowe?
Pani Karowa stała się moją narzeczoną. Sama ulica została mianowana przeze mnie Panią Karową. Wzięło się to z prostej przyczyny. Miałem kiedyś blacharza, z którym budowałem replikę samochodu wyścigowego z lat 20. Blacharz ten zwracał się do blachy per "pani blacha". Kiedyś, podczas komentowania rajdu Barbórki, powiedziałem, że Pani Karowa nie wybacza i jakoś tak się przyjęło.

W tym roku warunki atmosferyczne będą inne niż przed rokiem. Podczas zeszłorocznej edycji rajdu Barbórki było trochę śniegu - w tym roku na to się nie zapowiada. Czy to gorzej dla widowiska?
W zeszłym roku nawet jak posypało śniegiem, to co to było za sypanie? Karowa jest wtedy, gdy mamy grubą warstwę ubitego śniegu, gdy po trzech przejazdach robi się lód. Liczę na to, że Pani Karowa spuści chociaż deszcz. Na Karowej zawsze jeździli najlepsi i to było kryterium asów. W tej chwili sytuacja robi się dziwna. Szczególnie trudna dla mnie do komentowania. Widzę jak zawodnik jedzie ostro, idzie na wynik i w pewnym momencie mu nie wychodzi. I od tego momentu mówi, że jedzie pod publikę, a jemu po prostu nie wyszło. Ja się silę, jak go ratować, żeby na niego nie gwizdali i wychodzę tu na idiotę. Myślę, że Karowa jest takim świętem, że wszyscy powinni jechać pokazowo. Bardziej widowiskowo więc by było, gdyby spod kół szedł pióropusz śniegu. Dawniej Karowa na starej kostce, która nie wiem czemu nie wróciła, była trudniejsza. Teraz nie można ciąć po chodnikach, bo są wysokie krawężniki. Dawniej było weselej.

W tym roku w Barbórce pojadą także samochody historyczne. Który z tych samochodów wspomina Pan najlepiej?
Na pewno popatrzę na Fiaty, bo sam się uganiałem tymi Fiatami. Z tych samochodów, które pojadą, wszystkie mają wspaniałe tradycje. Wspominam, jak Stanisław Dalka na Karowej jechał nocą, jego pilot za oknem trzymał w ręku reflektor od WFM-ki, między nogami miał akumulator szóstkę podłączony na dwa kabelki. Nie mieli świateł, bo gdzieś przywalili przodem, nie wiem skąd mieli ten reflektor? Może komuś wymontowali z WFM-ki. Ciężko tutaj mówić o jednym konkretnym, ulubionym samochodzie.

Rajd Barbórka to duże, medialne wydarzenie Czego potrzeba, aby rajdy samochodowe w Polsce były bardziej popularne? Chodzi o to medialne nagłośnienie czy o pieniądze?
Teraz jest taki regres w tym sporcie, że to jest załamka. Pamiętam, jak w wyścigach płaskich przyjeżdżało na tor 150 maluchów. Od piątku zaczynały się eliminacje. W niedzielę na finał zostawało 28 maluchów. Myślę, że brakuje pieniędzy. Kiedyś jeżdżenie Ładą, Skodą było do przyjęcia w rajdach samochodowych. Zobaczmy listę startową tegorocznej Barbórki. Pierwsze 40 samochodów to Subaru i Mitsubishi. Każdy z tych samochodów kosztuje majątek. Następny majątek to serwis tych samochodów. Uważam dlatego, że powinno rozwinąć się idee Szayowozów. Na tym można jeździć wszędzie. To nie musi być ogromny tor. Przy tym, to nie są tak duże koszty. Uważam, że powinny powstać klasy, grupy pojazdów którymi można by jeździć tanio.

Pytanie na koniec. Co Krzysztof Szaykowski robiłby, gdyby nie zajmowałby się samochodami?
Mam wykształcenie, jestem dyplomowanym świniopasem czyli inżynierem zootechnikiem. Chyba nie wyobrażam sobie życia bez samochodów. Pewnie zajmowałbym się wychowywaniem młodzieży. Udało mi się jakoś połączyć to wychowywanie młodzieży z motoryzacją. Nie, jednak zostańmy przy motoryzacji i przy zawartości krwi w benzynie. Podkreślam krwi w benznynie nie odwrotnie.

Pozytywnie zakręcony

Krzysztof Szaykowski pomaga młodym odnaleźć pasję

Tory wyścigowe w Słomczynie pod Warszawą. Publiczność na trybunach niecierpliwie wpatruje się w szayowozy ustawione na miejscach startowych. W jednym z nich w kombinezonie, w kasku, za ochronną siatką siedzi 15-letni Przemek z Wilgi. Dziś debiutuje.


Uważnie patrzy na sędziego. Ten daje znak zieloną chorągiewką. Jeszcze 5 sekund i zapala się czerwona lampka. Przemek rusza.

Pisk opon. Ryk silników. Pędzi 120 na godzinę. Tuż za nim dwa inne wózki. Dopadną go? Jeden z nich przy prawym skręcie wyraźnie znosi. Chyba ma kłopoty z zawieszeniem. Jedno okrążenie, drugie… Kibice wstają.
Jeszcze kilkaset metrów. Jest! Meta! Udało się!

– Kto raz zasmakował ścigania się i tej atmosfery, do końca życia zostanie miłośnikiem motoryzacji – uśmiecha się Krzysztof Szaya-Szaykowski.

Wie o tym najlepiej, bo jak wynika z anegdoty, której jest bohaterem, zaczął działać w sporcie samochodowym tuż przed wynalezieniem samochodu.

Jest legendą polskiego sportu motorowego, guru ludzi młodych, dla których sport samochodowy to hobby i pasja na całe życie.
– Kiedy się urodziłem, położna ze zdziwieniem stwierdziła u mnie zawartość benzyny we krwi – śmieje się potężny, wysoki 60-latek z siwą brodą. – Mam to po ojcu.

Janusz Szaykowski ścigał się jeszcze przed wojną. Jego syn zaczął w 17. roku życia od żużlu na Skrze. W latach 70. utrzymywał się w czołówce krajowej, przez 10 lat startował w rajdach jako kierowca i jako pilot.

– Silniki do moich rajdówek składałem w kuchni, sam robiłem też przeróbki i naprawy. Mama ręce załamy- wała, bo cały serwis odbywał się w kuchni – wspomina.

15 lat temu, Targi Poznańskie –  Szaya ogląda pojazd o nazwie Dzik skonstruowany przez inżyniera Jerzego Kwiatkowskiego z Katowic, a przeznaczony do jazdy po polach, lasach, do rekreacji. Gdyby trochę go poprawić, zbudować jego wyczynową wersję, byłby świetny do zabawy dla chłopaków – pomyślał. I tak się stało.

Nazwał go szayowóz i napisał regulamin wyścigów, który zatwierdziły najwyższe władze sportowe.
Dziś w stajni słomczyńskiej stoi ponad 10 takich pojazdów, które startują w szayocrossie, inne przywożą na przyczepach sami zawodnicy.
– Najważniejsze, że może zrobić go każdy, kto ma zapał i trochę pieniędzy – podkreśla pomysłodawca.

Do zbudowania ruraka czy bolida – jak również nazywają szayowóz – potrzebny jest stary „maluch” przeznaczony na złom (ok. 300 zł) i rama (1800 zł), którą zamawia się u producenta w Radomsku. Do tego różne dodatkowe akcesoria, takie jak np. układ hamulcowy.

Składanie pojazdu jest proste. Każda część z fiata 126 p pasuje do ramy, do której się ją montuje. Koszt samochodu wyczynowego wynosi około 4 tysięcy. Dla porównania – seicento w wersji sportowej kosztowałoby około 20 tysięcy złotych.

6 lat temu Paweł Trzepiota, wówczas nastolatek ze Szczytna, z wypiekami na twarzy czytał w gazecie o Szai i szayowozach.

– Na początku nawet nie marzyłem, że będę się ścigał – wyznaje dziś już student Politechniki Warszawskiej. – Wydawało mi się, że samodzielne zbudowanie samochodu to wielkie wyzwanie!

Starego „malucha”, który od lat stał w garażu, podarował mu wujek. Ramę za radą Szai zamówił u producenta. I zaczęła się budowa szayowozu z konsultacjami przez internet. Pisał do Szai, a on odpisywał, gdzie i jak wkręcić odpowiednią śrubkę.

– Taki pojazd można budować latami – twierdzi Paweł – wciąż trzeba go udoskonalać. 

4 lata temu Paweł dostał się na Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Zadecydowało o tym jego zamiłowanie do motoryzacji.

– Ale też samodzielna budowa szayowozu, przy którym spędziłem całe dwa lata.

Ze Szczytna do stolicy jechał z przyczepą, na której wiózł skonstruowany przez siebie pojazd. Szaya przywitał go i pozwolił trzymać wózek w Słomczynie.

W 2007 roku Paweł wygrał Mistrzostwa Okręgu Warszawskiego KJS-RC, jakimi stały się dotychczasowe wyścigi szayowozów, natomiast rok później w Mistrzostwach Polski startował na seicento.

Automobilklub Rzemieślnik w Warszawie. Szaya związany jest z nim od prawie 30 lat. Na początku lat 90. założył tam Sekcję Młodych.

Od tego czasu w każdy poniedziałek dyżuruje w klubie, do którego przychodzi zafascynowana motoryzacją młodzież. Zdarza się, że wpadają nawet całe klasy. Ci, których sport samochodowy interesował już dawno i tacy, którzy dopiero chcą spełnić swoje marzenie.

Proszą o konkretne wskazówki, jak zbudować szayowóz, przychodzą na szkolenia sędziów i kursy udzielania pierwszej pomocy, ale też żeby posłuchać ciekawych opowieści rajdowych czy zwyczajnie pogadać o życiu. Obowiązuje swobodna atmosfera, wszyscy tu są na ty.

– Szaya jest pozytywnie zakręcony, jak to się mówi, a swoją pasją potrafi zarazić innych – twierdzi Alek Choromański, który do Rzemieślnika trafił w 1998 roku i nadal chętnie go odwiedza.

Krzysztof Szaykowski

Krzysztof Szaykowski

Krzysztof Szaykowski

Krzysztof Szaykowski

Krzysztof Szaykowski

Krzysztof Szaykowski

(WRC 137 / 2013)

Historia startów. (częściowa).

1973r. Rajd Dolnośląski. Albin Śliski. Trabant 601. 18m. 3m./kl.1-2gr.2.

1973r. Rajd Kormoran. Albin Śliski. Trabant 601. 10m. 2m./kl.1-2gr.2.

1973r. Rajd Wisły. Albin Śliski. Trabant 601. 6m./kl.1-2gr.2.

1973r. Rajdowe Mistrzostwa Polski. 5m./kl.1-2gr.2.

1974r. Rajd Dolnośląski. Albin Śliski. Polski Fiat 125p/1300. 1m./kl.7gr.2.

1974r. Rajd Polski. Albin Śliski. Polski Fiat 125p/1300. 1m./kl.7gr.2.

1974r. Rajd Warszawski. Albin Śliski. Polski Fiat 125p/1300. 1m./kl.7gr.2.

1974r. Rajdowe Mistrzostwa Polski. 1m./kl.7gr.2. 2m/puchar Motoru.

1975r. Rajd Warszawski. Tadeusz Dębowski. Polski Fiat 125p/Monte Carlo. 6m.

1975r. Warszawska Nike. Andrzej Koper. Polski Fiat 126p.

1976r. Rajd Stomil. Tadeusz Dębowski. Polski Fiat 125p/Monte Carlo. 20m. 7m./kl.9-13gr.4.

1976r. Rajd Warszawski. Tadeusz Dębowski. Polski Fiat 125p/Monte Carlo. 11m. (10m.MP.). 2m./kl.8gr.2.

1976r. Rajdowe Mistrzostwa Polski. 6m./kl.8gr.2.

1977r. Rajd Warszawski. Zbigniew Maliński. Polski Fiat 126p. R.

1977r. Rajd Barbórka. Eugeniusz Zarzycki. Polski Fiat 125p/1500.

 

 

Copyright © 2012-2016 KWA-KWA.pl - Rajdy i Wyścigi.
Wszystkie prawa zastrzeżone.

Marek Kaczmarek
tel. 606 169 768
e-mail: kwa.kwa@op.pl